Ulotne chwile

Szukam i nie znajduję. Może jestem staroświecka. Może zbyt dużo wymagam. Może mam nierealne oczekiwania. Bo ja w perfumach muszę się zakochać.

- Dajcie mi się czymś popsikać, czymkolwiek - to najczęstsza prośba, jaką słyszę od odwiedzających pokój działu urody w naszej redakcji. I rzeczywiście, pierwszy z brzegu zapach zazwyczaj satysfakcjonuje proszącego. Spryskuje się nim mniej lub bardziej obficie (ciekawe, jak wiele można dowiedzieć się o człowieku tylko ze sposobu, w jaki się perfumuje, czy robi to nonszalancko, czy lubi, gdy bije od niego wonna łuna, czy pachnie szeptem) i odchodzi do zajęć dnia. Pachnący, zadowolony. Za każdym razem trochę mnie to dziwi.



Gdy byłam małą dziewczynką kolekcjonowałam flakony perfum. Lubiłam wwąchiwać się w zastygłe resztki zapachów. Każdy budził inne emocje. Żaden nie był mi obojętny. Niektóre były jak najcenniejsze relikwie.

Czy to od tego czasu nauczyłam się traktować perfumy z niemal nabożną czcią? Nie mogą być przypadkowe. Nie wystarczy, że będą ładne. Nie są tylko dopełnieniem cywilizowanego wizerunku, miłym dla otoczenia pachnącym zaakcentowaniem mojej obecności. O, nie! Perfumy mają stopić się ze mną w perfekcyjnej symbiozie, mają wyrażać mnie, mój nastrój, mój styl. Nie mogą mi się tylko podobać. Mają mnie uwieść.

Perfumy to też mój codzienny przydział luksusu, który dawkować mogę, a jakże, oszczędnie (a - nie potrafię korzystać z dobrobytu, b - jestem zachowawcza, c - nie umiem wyluzować). I to na perfumy wydałam pierwsze zarobione pieniądze. Miały wyraźną nutę zielonej herbaty, dzisiaj tak bardzo nie w moim stylu. Teraz, gdy czasami siegam po nie w perfumerii, jak żywe wracają wspomnienia wakacji 1999 roku. To chyba najwdzięczniejsza właściwość zapachów, przypominanie. Ile ulotnych chwil złapałam dzięki nim ponownie! Jest też i druga strona medalu. Piękny zapach, zły dzień i już piękny zapach przestaje być piękny. Zbyt mocno się kojarzy, przywołuje to, co niemiłe. Zmarnowałam w ten sposób parę obiecujących flakonów.

Co roku przez moje redakcyjne biurko przewija się kilkaset perfumeryjnych nowości. Większość nawet mi się podoba, ale co z tego. Są komponowane jak spod sztancy. Panują mody na nuty mniej lub bardziej słodkie, kwiatowe, owocowe. Pachną przyjemnie, tak, że można się nimi szybko spryskać w ciagu dnia i nie będą się kłóciły z tym, czego użyliśmy rano. Żadna migrena nam nie grozi, nagłe zauroczenie niestety także nie. Takie perfumy łatwo porzucić dla jeszcze nowszych. A te dla kolejnych. I tak, spirala się nakręca.

Zachęcam, bądźcie wybredni. Warto się naszukać i nawąchać, by odkryć zapach, który będzie tym jedynym. Niech stanie się Waszą pachnącą wizytówką. Niech przypomina innym o Was. Bez względu na to, czy będzie rockowy, romantyczny, wytworny czy zadziorny.

Kiedy czasami na moje biurko trafi flakon z potencjalnie zachwycającą zawartością, podchodzę do niego ostrożnie. Testuję go na jednym nadgarstku. Potem na dwóch. Spryskuję nim dekolt. Wreszcie mam odwagę nosić go cały dzień. Nadal zachwyca? Wspaniale. Sprawdzam go na imprezie. Jeśli następnego dnia rano jego nikła nuta we włosach nie wywołuje mdłości, jest dobrze. Czy będzie z tego miłość?
Trwa ładowanie komentarzy...