Ból upiększenia

Chcesz być piękna, musisz cierpieć? Nie muszę, ale wiem, że pielęgnowanie urody może boleć. A rezultat nie zawsze rekompensuje męki, jakie powodują niektóre zabiegi.

Pielęgnacja urody toczy się zgodnie z rytmem pór roku. Zimą popada w letarg, wiosną osiąga apogeum (zwłaszcza gdy chodzi o ujędrnianie ciała), latem korzysta z efektów wytężonych wiosennych prac porządkowych. Co z jesienią? Jesień to pokuta po hedonizmie wakacji.



Jesień w pełni złocistości, a więc - pokutuję. Smaruję twarz preparatem z retinolem, aby zregenerować zniszczone opalaniem fibroblasty. Retinol ma wysokie stężenie, więc skóra reaguje czerwonymi, piekącymi plamami w okolicach oczu. To mnie nie zniechęca. Podobno dzięki temu zestarzeję się później. Przymierzam się też do serii peelingów medycznych, na które właśnie teraz jest najlepsza pora. Dzięki nim nawet w chłodnym zimowym świetle cera będzie miała ładniejszy koloryt i dłużej zachowa młodość. Weryfikuję głębokość zmarszczek pod oczami i zastanawiam się, jaki oręż przeciwko nim wytoczyć. Co będzie najskuteczniejsze? Pokuta stanie się prawdziwą pokutą, gdy wybiorę to, co bolesne.

Wiele jesiennych (choć nie tylko) zabiegów opiera się na podobnym schemacie. Najpierw psujemy to, co już mamy, potem następuje okres wymuszonej zrujnowanym wyglądem separacji od świata, wreszcie spektakularna rekonwalescencja. Efekt? Zadowalający. Ale czy rzeczywiście wygląd tak znacząco poprawił się względem punktu wyjścia?

Po zabiegu zmniejszającym cellulit moje uda całe są w krwawych wybroczynach. W szatni na jodze chowam się w najciemniejszym kącie, bo wyglądam jak ofiara zbiorowego gwałtu. Zabieg polegał na zasysaniu skóry podciśnieniem. Być może oceniłabym go lepiej, gdyby nie trafiła mi się kosmetyczka z sadystycznym zacięciem. Gdy po trzech tygodniach wybroczyny znikają, są powody do radości. Mam gładką skórę! Czyli - taką jak przed zabiegiem. Bez wybroczyn.

Przez kilka dni wolę nie pokazywać się światu, bo wybrałam się na zabieg nawilżający usta. Wyglądam, jakbym odbyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze stadem rozszalałych os. Gdy opuchlizna zejdzie, usta bardzo dyskretnie się poprawią, staną się pełniejsze, napięte, lepiej odżywione. Takie, że pewnie tej zimy zaoszczędzę na pomadce ochronnej. Pytanie, czy warto było dla nich popadać w weekendową izolację, odwoływać wyjście do kina i wymigiwać się od imprezy?

Okolice oczu poddałam z kolei działaniu tzw. rollera. To zakończona cieniutkimi igiełkami rolka, która kaleczy naskórek, a tym samym zmusza go do przebudowy. Za miesiąc-dwa skóra powinna stać się jędrniejsza. Co z tego, skoro przez tydzień po zabiegu powieki są opuchnięte i czerwone, pomaga im tylko gruba warstwa żółtego korektora.

Sprawa nie wygląda lepiej, jeśli chodzi o peelingi. To fakt, skóra wygląda po nich świetliście i promieniście, ale zanim do tego dojdzie, trzeba przez minimum tydzień męczyć się z jej pieczeniem, zaczerwienieniem i łuszczeniem. Trzeba cierpieć! Trzeba codziennie maskować wyraźnie brzydszą, obolałą twarz, zastanawiając się, kiedy wreszcie spod warstw łuszczącej się skorupy wyłoni się ta odnowiona odmłodzona. To frustrujące, a jednak uzależnia. Bo po prostu działa.

Do tego otoczenie nie zawsze potrafi pojąć, po co to właściwie robimy. Kto o zdrowych zmysłach dałby się dobrowolnie oszpecać licząc, że dzięki temu stanie się piękniejszy? Ukłucia i bąble po mezoterapii to przecież co najmniej ospa. Podrażniona po peelingu skóra? Chyba oblana kwasem przez rozgoryczonego kochanka. Ranki po laserze frakcyjnym? Dla niewtajemniczonych - ciężkie poparzenie kratką od grilla.

Mimo wizji cierpienia jednak się na te zabiegi decyduję. Dlaczego? Bo wiele z nich jest naprawdę skutecznych. Wszystkie służą słusznej sprawie: mają sprawić, że później i łagodniej się zestarzeję. Niestety, ponieważ dysponuję tylko jednym życiem, nie będzie dane mi sprawdzić, jak zestarzałabym się bez ich udziału. I jak bardzo by to bolało.
Trwa ładowanie komentarzy...