Byłam tym, co jesz

Czy zwykła oliwa z oliwek może zastąpić kosmetyki? Taką deklarację słyszę coraz częściej. Przez tydzień praktykuję więc pielęgnacyjną ascezę, żeby przekonać się, czy to możliwe.

Moim zdaniem najlepsze wakacje to takie, podczas których odpoczywasz absolutnie od wszystkiego, co masz na co dzień. Dlatego kiedy poziom zmęczenia, stresu i frustracji przebija moją osobistą skalę wytrzymałości, postanawiam zaszyć się w górach na tygodniowym warsztacie ashtanga jogi. Poza oczywistymi ćwiczeniami dla ciała i ducha, pozwalam tam sobie na mały eksperyment. Przez siedem dni praktykuję kosmetyczny minimalizm czy może raczej pielęgnacyjną głodówkę. Mydło, szampon, pasta do zębów i buteleczka oliwy z oliwek - to wszystko, co pakuję do kosmetyczki.



Pracuję w dziale urody, więc moja łazienka tonie w kosmetykach. Jestem królikiem doświadczalnym. Na własnej skórze sprawdzam kolejne i kolejne nowości. Zawodowa ciekawość każe mi także rozglądać się po łazienkach koleżanek. Panuje w nich zazwyczaj krzepiący dobrobyt. Stoją tu kremy do całej twarzy i pod oczy. Na gorszy i lepszy dzień. Oddzielne preparaty na każdą część ciała (złośliwy Sherlock we mnie dedukuje z nich potem słabości właścicielek).



A jednak gdy pytam kogoś, czemu zawdzięcza swoją piękną cerę, bardzo często słyszę "niczemu specjalnemu". Duża grupa moich znajomych przyznaje, że nie stosuje nic, poza jednym kremem (bardzo popularnym), ewentualnie coraz modniejszymi naturalnymi olejami.

Temat atakuje mnie z różnych stron. "Czy te wszystkie przedmioty są mi naprawdę potrzebne?" - myślę czytając "Sztukę prostoty" Dominique Loreau. Zainspirowana lekturą wyrzucam stare ubrania, oczyszczam przestrzeń wokół siebie, reorganizuję wydatki, ale powątpiewam w sens zastąpienia wszystkich kosmetyków oliwą z oliwek. Która, jak zachęca autorka, "szybko się wchłania i przenika aż do kości". Masaż którą jest "przyjemnością i luksusem". Naprawdę ciężko jest mi w to uwierzyć. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spróbowała.

Okazja nadarza się szybko, bo do przeprowadzenia kosmetycznego detoksu namawia mnie także moja nauczycielka jogi. Jadę z nią na warsztaty. W górskiej głuszy, po kilku godzinach ćwiczeń dziennie, ale też kilku spędzonych z książką w hamaku, blisko gwiazd i natury takie wyrzeczenie wydaje się całkiem bezbolesne.

Pierwsze smarowanie - trochę dziwne. Co tu dużo mówić, czuję się jak nasączona oliwą ciabatta. Wszystko przez zapach - nieznośnie jadalny. Ale ten po kilku sekundach się ulatnia i skóra przestaje pachnieć, czy może raczej zaczyna pachnieć po prostu sobą. Wbrew moim obawom, oliwa wchłania się bardzo dobrze. Zaczynam od małej kropli, potem zachęcona sięgam po więcej. Teraz dłonie ślizgają się po skórze, nie pozostaje mi nic innego, jak pieczołowicie ją wymasować. A to mojemu napiętemu karkowi, nadwyrężonym stawom i obolałym mięśniom bardzo się podoba! Wkładam piżamę, owijam się w śpiwór jak w kokon, a rano budzę się z aksamitnie miękką skórą i zakwasami, które są jakby łagodniejsze, niż być powinny.

Nakładam oliwę także na twarz. Dobrze radzi sobie z uczuciem ściągnięcia, które dokucza mojej suchej skórze. Ale, muszę to przyznać, po tygodniu regularnego stosowania zaskórniki są jakby większe, a cera odrobinę poszarzała. Czyżby trochę tęskniła za swoją zwykłą porcją serum z witaminą C i kremu z filtrem? Za rozświetlającym podkładem?

Przez cały ten tydzień nie maluję się i nie perfumuję. Towarzyszy mi zapach szarego mydła. Włosy schną same. Prawie nie przeglądam się w lustrze. Odpoczywam od swojego wyglądu. I od potrzeby (przymusu?) dbania o niego. Dobrze mi z tym.

Za górami, za lasami wszystko to przychodzi mi łatwo. Gdy po siedmiu dniach ascezy ląduję na rynku w Krakowie, czuję się nieswojo. Wyraźnie odstaję od wszystkich tych uczesanych, umalowanych, wypachnionych ludzi. Choć tydzień jogi i relaksu pozytywnie wpływa na to, jak odbierają mnie inni, a zadowolenie paruje z każdego pora mojej skóry, pod koniec dnia marzy mi się wanna pełna pachnącej piany, choćby odrobina tuszu do rzęs i odżywka, która uratuje moje splątane włosy. Nie chcę już być Wilmą Flinstone!

A więc wakacje skończone. I znowu codziennie ubieram twarz w makijaż jak w mundurek. Znowu sprawdzam na sobie odmładzające i wyszczuplające nowości. Jedne działają lepiej, inne gorzej, jeszcze inne wcale. Po tygodniowym detoksie zmieniło się jednak moje podejście do nich. Odkąd wiem, że w każdej chwili mogę zastąpić je kuchenną oliwą, mam jeszcze większą frajdę z ich testowania. Cieszą mnie kolory i zapachy, konsystencje, które aż proszą, żeby wmasować je w skórę. Bawią mnie składniki i wymyślne opakowania. Lubię to! W końcu kosmetyki to najlepsze zabawki - dla dużych dziewczynek. Poprawiają humor, dają poczucie luksusu. I do tego moim zdaniem przede wszystkim służą.

Nie kwestionuję przy tym działania oliwy. Na pewno jeszcze po nią sięgnę, po wyczerpującej sesji jogi czy w mroźny wieczór, by dodać sobie energii rozgrzewającym masażem. Może jej działanie zachęci mnie do częstszego sięgania po kosmetyki w formie olejków, które do tej pory omijałam szerokim łukiem?

Problem pojawia się tylko we włoskiej restauracji. Bo jak tu przekonać samą siebie do zjedzenia własnego kosmetyku do ciała?
Trwa ładowanie komentarzy...